Rozdział IV

piątek, 27.listopada.2009, 15:24
Reaktywacja bloga. Na dobry początek nowa grafika. I rozdział jest.
Beta:Roklin( po Andrzejkach )


„Bądź dla siebie takim, jakim byłbyś dla przyjaciela.”


Leah otrzepując się z resztek błota weszła do domu. Pociągnęła nosem, intensywny zapach stopionego plastiku podrażnił wyczulony węch. Skrzywiła się, kierując do kuchni.
- Mamo? – Rozejrzała się dookoła. Miseczka z bliżej nieokreśloną zawartością płonęła żwawo na kuchence. Podbiegając do zlewu i chwytając pierwsza lepsza miskę wypełniona wodą wylała jej zawartość na kuchnie. Alarm przeciw pożarowy zareagował z opóźnieniem. Leah zatkała uszy, upuszczając naczynie.
Seth wyjrzał zza jej pleców.
- Co tu się stało? – Zerknęła na brata. Seth pociągnął nosem, patrząc na resztki różowej plastikowej miseczki zdobiące jeden z kuchennych palników.
- To… bo my… bo imieniny… no wiesz… - Leah pokręciła głową, otwierając okno.
- Sprzątnij to, a potem przyjdź do salonu – mruknęła wychodząc z kuchni. Seth westchnął przeciągle, sięgając po ściereczkę i płyn do naczyń.

Jacob rozejrzał się dookoła. Zapach, za którym szedł kończył się przy starym Quileckim cmentarzu na południu La Push.
- „ Duchy przodków i magia voodoo” – Z jego wilczego gardła wydobył się dźwięk bliski ludzkiemu chichotowi. – „Ekstra”.
Przysiadł na mokrej ziemi pod jednym z drzew, obserwując kilka zdewastowanych krzyży powtykanych w ziemie. Tabliczki z nazwiskami denatów walały się tu i ówdzie, nadjedzone intensywnie przez rdzę. Jacob trącił nosem jedną z nich. Litery zatarły się już parę lat temu. Uniósł łeb. Zapach stał się niemal nie do zniesienia. Spotkał się kiedyś z czymś podobnym… Zerknął na jeden z krzyży. Dwadzieścia? Może piętnaście lat temu…
Coś szarpnęło się w pobliskich krzakach. Jacob wycofał się w głąb rachitycznych samosiejek sosen i nieco większych starszych drzew. Położył się na ziemi, nasłuchując uważnie. Z krzaków wyszła sarna. Rozejrzała się dookoła. Nieludzki skowyt rozerwał ciszę panującą w lesie. Jacob zawył, cofając się jak rażony piorunem. Ruszył pędem w stronę rezerwatu. Nie obejrzał się ani razu.
Pewien był tylko dwóch rzeczy. Po pierwsze, owe coś, czające się pośród krzyży nie było człowiekiem, ani wilkołakiem czy wampirem. Po drugie, dziwaczny zapach otaczający tą prowizoryczną resztkę cmentarza przynosił mu na myśl rozkładające się zwłoki sarny na jakie często natrafiali podczas patroli. Chociaż… Wydawał mu się jeszcze intensywniejszy i jeszcze bardziej otępiający jego wyczulone, wilcze zmysły. To coś większego… Dzik? Niedźwiedź?

Sam i Emily usiedli przy stole, obserwując nieufnie sielankowy uśmiech zdobiący usta Paula. Brew Sama drgnęła.
- Stary… wyglądasz jak po urlopie w domu bez klamek…
- Sam! – Emily uszczypnęła go w udo.
- Szczerość powinna być nagradzana, nieprawdaż? – Uśmiechnął się ironicznie, zerkając na narzeczoną.
- Pokuszę się o stwierdzenie, że to było raczej niegrzeczne niż szczere – mruknęła, zerkając na porcelanowa zastawę Sue stojącą tuż przed nimi.
- Bądź chamem, zaczną szukać w tobie dobra. Bądź dobry, zaczną szukać w tobie chama – Sięgnął po widelec, przeglądając się w nim.
- Uley, ty przystojniaku. – Przeczesał włosy palcami, całując Emily w policzek.
Embry wbiegł do pokoju niosąc srebrny pół misek
- Danie dnia specjalnie dla bossa od jego wiernych sług. Wszystkiego najlepszego w dniu imienin! – Odsłonili półmisek. Emily zakrztusiła się własna śliną. Oko Sama zadrgało lekko.
- Co to jest? – Przeniósł spojrzenie na Setha upapranego plastikiem.
- Knedelki… z truskawkami… to znaczy… chodziło mi o to… - Paul zatkał mu ręką usta.
- Skosztuj to się przekonasz – Wrzucił mu kilka kulek na talerzyk, siadając naprzeciw niego. Na usta Leah rozwalonej na kanapie wypłynął ironiczny uśmieszek.
- Spójrz na ta niewinną, dziecięcą twarz! – Embry złapał Setha za policzki – Starał się tylko po to, żeby potem zobaczyć jak depczesz jego dobre serce?!
- Ale ja wca… - Zatkał mu usta ręką.
- Widzisz te łzy w oczach?! No widzisz? – Nadepnął na stopę Setha. Chłopak wyglądał, jakby naprawdę miał zamiar się rozpłakać.
- Spróbuj – Paul wskazał nożem do mięsa na knedle ułożone na talerzyku Sama. Emily zerknęła na narzeczonego.
- No dalej skarbie, tylko jeden kęs. W końcu zmarnowali trochę czasu żeby coś dla ciebie przygotować. - Poirytowany Uley wbił widelec w knedla unosząc go na wysokość ust.
Drzwi otworzyły się na oścież, Jacob wszedł do środka, otrzepując się z kropli wody.
- Cześć ćwoki – Usiadł na skrawku sofy. Leah ruszyła się z miejsca.
- Rany, Black, cuchniesz jak zdechła ryba… a może sarna… nie ważne. Wynoś się z mojego domu – Machnęła ręką, zatykając sobie nos. Reszta sfory poszła za jej przykładem, odsuwając się niemal pod ścianę.
- Wielkie dzięki – wycedził, rozwalając się na sofie. – Łaziłem dzisiaj po lesie.
- I?
- I wytropiłem coś. W południowej części lasu.
- Śmierdzisz jak truposz, stary – Seth wcisnął się pomiędzy Paula a Embryego.
- Zwłoki? – Leah zerknęła na Setha.
- Doszedłem do resztek cmentarza. Krzyże i te sprawy. Przypałętała się sarna, a potem ten wrzask… - Skrzywił się lekko.
Sam skrzyżował ręce.
- Cmentarz Wodzów, a raczej jego pozostałości. Musiałeś trafić właśnie tam.
- Coś mnie obserwowało.
- Jedno jest pewne: to nie jest wilkołak ani wampir.
- Więc co?
- Tego nie wiemy – Leah wyjrzała przez okno.
- Wybierzmy się tam. Dzisiejszej nocy.
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Rozdział III

środa, 1.lipica.2009, 11:27
Notka o talencie kulinarnym męskiej części La Push.Spamowi mówie NIE


Jestem zły, jestem zły. Jestem bardzo, bardzo zły.


Quil rzucił opasłe tomiszcze na sam środek kuchennego stołu. Zakaszlał sucho, kurz uniósł się w górę, osiadając na jego włosach. Seth zatarł ręce.
- Panowie, można powiedzieć, że połowa sukcesu za nami. Zaprawdę powiadam wam – położył dłonie na okładce – ta księga pomoże nam zgłębić tajniki pradawnej sztuki…
- Chyba chciałeś powiedzieć „ pomoże nam ustalić przepis na knedle z truskawkami”. – Embry wtrącił gorliwie swoje trzy grosze, zezując to na Paula to na Setha, pochylonych nad stołem.
- Pradawnej sztuki… pradawnej sztuki… - Quil trzepnął Setha w tył głowy. – Pradawnej sztuki, której tajniki do tej pory zgłębiać mogły jedynie kobiety. – Zamachał rękoma. Błyskawica przecięła niebo.
- Paskudna pogoda. – Quil wyjrzał przez okno.
- Tak więc bracia! Podjęliśmy się tego jakże niebezpiecznego zadania z uwagi na imieniny Sama Ulleya. I zaprawdę powiadam wam, damy rade! – Spojrzeli na niego niemal jednocześnie.
- Ty, Clearwater, nie pierdziel tylko otwieraj tą encyklopedie… - Paul ziewnął szeroko.
- To książka kucharska. – Embry uśmiechnął się złośliwie.
- Wszystko jedno. – Machnął niedbale ręką. – To otwieraj ten słownik.
Quil wyrwał Sethowi książkę, otwierając na spisie przepisów. Zebrani pochylili się nad nim.
- Strona 66… - Przerzucił kilka kartek, urywając kawałek jednej ze stron.
- Się przyklei – mruknęli jednocześnie.
- Jest! – Quil przesunął książkę na środek stołu. – „Knedle z truskawkami babuni”
- Dlaczego babuni? – zapowietrzył się oburzony Seth.
- Nie wiesz, idioto? – Paul przewrócił oczami. – Bo babunia najbardziej kojarzy się z knedlami, garami i tymi kuchennymi pierdołami.
- Aaa… - Clearwater pokiwał głową.
- Składniki. – Quil nabrał powietrza. – 500 gram ugotowanych ziemniaków. Mamy ziemniaki?
- Takie małe, okrągłe, brązowe? – Embry postawił na stole wiaderko z ziemniakami.
- Tu pisze „ugotowanych”. Skąd mamy wiedzieć, przez ile minut mamy je gotować? – Quil poskrobał się po głowie.
- A nie możemy dać surowych? Przecież na końcu knedle i tak się gotuje. Więc po co gotować same ziemniaki dwa razy? Wystarczy raz, będą świeższe. – Embry uśmiechnął się szeroko dumny z niezwykle skomplikowanej tezy, którą udało mu się wysunąć.
- Mądrze prawisz. Skoro już rozwiązaliśmy problem ziemniaków, idźmy dalej. 300 gram mąki pszennej.
- Jest tylko mąka kukurydziana. – Seth wyjął z szafki woreczek z mąką.
- Mąka to mąka. Nada się. – Pokiwali głowami. – Następna jest szczypta soli i cukru.
- Cholera. Szczypta?! To znaczy ile? Nie mogli napisać na przykład, „ dodać łyżkę soli i cukru”. – Paul walnął pięścią w stół.
- Spoko. Dodamy na wyczucie. – Seth uśmiechnął się szeroko, wyciągając pojemniczek z solą i cukrem.
- I dwa jajka. – Quil wypuścił wolno powietrze, wycierając spocone dłonie o spodnie.
- Cholera, ale to robienie knedli jest stresujące – jęknął.
- Jest tylko jedno. Rano mama robiła ciasto. – Seth zafrasował się leciutko, machając jajkiem.
- Dobre i jedno. I nie machaj tak tym jajem, bo zaraz zostanie zero - mruknął Embry, nurkując w szafce z miskami Sue.
- A nadzienie? – Paul zajrzał Quilowi przez ramie.
- 400 gram truskawek.
- W szklarni za domem powinny być chyba jakieś truskawki.
- To ja z Paulem zajmę się ciastem, a Seth i Embry pójdą po owoce. – Quil ubrał niebieski fartuch.
- Dlaczego ja mam iść z tym idiotą? – Embry skrzyżował ręce.
- Można powiedzieć, że będziecie się uzupełniać. – Paul uśmiechnął się złośliwie.
- A chcesz w ryj?!
- Won po owoce, a ty się skup. – Quil trzepnął Paula łyżką.
- Dobra wyluzuj.


Seth, ciągnąc Embryego za koszule, zamknął kuchenne drzwi z cichym trzaskiem
- To teraz tak. – Quil zezując na przepis zamachał niecierpliwie łyżką. – „Ziemniaki przecisnąć przez praskę, dodać mąkę, sól, cukier oraz jajka.”
- A cóż to ta praska? – Paul i Quil spojrzeli na siebie.
- Nie mam pojęcia… To może użyjmy młotka?
- I to jest pomysł. – Quil poklepał Paula po ramieniu. – Ale najpierw przydałoby się je obrać.
- I umyć… - Westchnęli ciężko.


Seth postawił miskę wypełniona owocami na ubrudzonym stole.
- Truskawek było za mało. Uznaliśmy więc, że jeśli zbierzemy wszystkie inne czerwone owocki to też będzie dobrze.
- W porządku. – Paul otarł czoło. Zerknął na zegar. – Cholera, za pięć minut zaczyna się „Detektyw Brown”.
- A co z knedelkami? – Seth usiadł na krzesełku przy stole. – Zostawicie je dla jakiegoś durnego tasiemca?
- Detektyw nie jest durny – warknął Embry cicho. – W tym odcinku już będzie wiadomo kto jest ojcem dziecka pielęgniarki Mary Sue Jane.
- Seth, chłopie, my wyskoczymy na godzinkę do salonu na TV. A ty ulepisz knedelki. Wierzymy w ciebie, stary. – Embry i Paul wycofali się cichaczem.
- Ale.. ale…
- Seth, bierzesz kawałek ciasta, formujesz kulkę, robisz palcem dziurkę w środku, wkładasz tam truskawkę i zalepiasz ciastem. I gitara. – Trzasnął drzwiami, ślizgiem wpadając do salonu.


Popielata wilczyca usiadła na mokrym mchu, rozglądając się dookoła. Sam wyłonił się z plątaniny gigantycznych paproci.
- „Czujesz to?” – Szturchnął ją ogonem.
Leah zerknęła na niego ukradkiem. Warknęła cicho.
- „Coś nadciąga ze wschodu.” – Pokręcił łbem.
- „Wracajmy już. Muszę pogadać z resztą.” – Odwróciła się, znikając między drzewami.


Quil przyjrzał się knedlom poukładanym na stole w rządku.
- No i gra gitara. A teraz do gara z nimi! – Zatarł ręce.
- Zaraz, zaraz. A czemu ten jest taki duży? – Paul szturchnął palcem ostatnią kulkę.
- Bo jest z pomidorem – Wyjaśnił z godnością Seth, krzyżując ręce.
- A to w porząsiu. – Pokiwał głową.
Embry postawił spory garnek na palniku. Wlał do środka miskę wody, wrzucając knedle zaraz potem.
- Tu piszą, że kiedy już się ugotują to wypłyną na wierzch.
- To możemy zagrać sobie w wojnę. – Paul wyjął karty z kieszeni. – Musze odegrać się za tamtą dychę.
- Seth, do garów! – Quil usiadł na stołeczku przy stole.
- Dlaczego ja?!
- Ktoś musi pilnować, żeby się nie przypaliło. Wypadło na ciebie, nie umiesz grać w wojnę to byś się nudził. A tak, dopilnujesz knedli. Zamieszasz od czasu do czasu.
- Ale ja się bym nauczył! – warknął oburzony.
- Nie pleć mi tu bajek z mchu i paproci. Do garów, powiedziałem!
Kilka minut później knedle stały w miseczce, parując.
- Bosko wyszło.
- A jak. W końcu przelaliśmy w to boskie danie cały nasz geniusz. – Quil uśmiechnął się przebiegle.
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Rozdział II.

niedziela, 26.kwietnia.2009, 10:22
Nowy rozdział zrodzony z mojej bez wenowej rozpaczy. I ludzie miejcie dla mnie litość. Jeśli chcesz abym powiadamiała cię o nowościach zapraszam do KSIĘGI.
Beta: Get-Off


„Zbyt ona piękna, zbyt mądra zarazem. Zbyt mądrze piękna stąd istnym jest głazem.”


Sue znana była w rezerwacie ze swoich konserwatywnych poglądów i sztywnych zachowań, szczególnie jeśli w grę wchodził rywal. A ściślej rzecz biorąc rywalka. Nie od dziś wiadomo, że panie Clearwater dążąc do wyznaczonego sobie celu, czy stając w obronie tego, co ich i tego, co bez wątpienia im się należy, gotowe były wgnieść przeciwnika w ziemię. Tym razem metody Sue zawiodły, co nadszarpnęło jej wysoka samoocenę.
Pani Clearwater wodziła znużonym spojrzeniem od Charliego do Billyego, skubiąc brzegi serwetki zarzuconej na szklany stolik.
- I ja mu na to, taki stary, a taki durny… i wtedy się zaczęło – Billy zaśmiał się donośnie, otwierając kolejną tego wieczora puszkę piwa. Sue westchnęła cicho, przenosząc wzrok na okno. Krople deszczu bębniły miarowo w szybę, rozmasowała sobie skronie.
Dzwonek do drzwi oderwał Charliego od ekranu i niewątpliwie ciekawej konwersacji z Billym. Podniósł się i omijając fotel i sofę, ruszył nieco flegmatycznie w stronę przedpokoju. Sue zerwała się z miejsca. Zatrzymał się w drzwiach.
- Coś się stało? – mruknął, obserwując ją uważnie.
- Ja otworzę. – Wyminęła go w drzwiach, popychając lekko w stronę kanapy.
- Skoro musisz… - wymamrotał, opadając ciężko na siedzenie.
Przekręciła klucz w zamku, zdejmując wolna ręką mosiężną zasuwę. Uchyliła drzwi. Zaskrzypiały nieprzyjemnie.
- Niespodzianka! – Wysoka blondynka zamachała jej przed nosem wypełnioną po brzegi reklamówką. Sue cofnęła się zaskoczona, ścierając z twarzy krople wody, które poleciały z torby wprost na nią.
- Mitsy… Jak miło, że nas… odwiedziłaś – wycedziła, siląc się na spokojny i lekko niedbały ton.
- Sue, kogo tam znowu przyniosło? – Głowa Charliego wychyliła się zza drzwi. – Mitsy? – Spojrzał zdziwiony na kobietę w jadowicie czerwonej pelerynie. – To znaczy… chciałem powiedzieć…. Chciałem… miło cię widzieć – Uśmiechnął się z powątpiewaniem.
- Ależ Charlie, kochany, nic się nie stało! – Wepchała się do środka, strzepując niedbałym gestem wodę z peleryny, która zrządzeniem losu opryskała panią Clearwater po raz kolejny tego wieczora. Mężczyzna wziął od niej torbę.
- Nie trzeba było – wymamrotał zmieszany, drapiąc się z frasunkiem po głowie.
- Przecież nie wpadłabym do mojego ulubionego komendanta z pustymi rękami – zaśmiała się słodko, przechodząc do pokoju. Charlie i Sue wymienili porozumiewawcze spojrzenia.
- Panno Loring… - Billy kiwnął lekko głową, nie odrywając wzroku od ekranu.
- Mitsy kochaneczku, mów mi Mitsy. – Sue zazgrzytała zębami, siadając blisko Billyego.
- Sue, moja droga, widziałam dzisiaj Leah. Powiedz mi kochanie, jak ona to robi, że po trzydziestce wygląda młodziej niż moja Gwendolyn?
- To kwestia dobrych genów – warknęła Sue w odpowiedzi, starając skupić się na spoconych facetach, latających po boisku od bitej godziny. Cóż za barbarzyński sport. Pokręciła lekko głową.
- Doprawdy… - Mitsy przechyliła delikatnie głowę. Spojrzenia obu pań spotkały się chwilę później. W tym samym momencie błyskawica uderzyła w pobliskie drzewo, miażdżąc je bezlitośnie. Sue wydała wyrok.


„Odkąd sięgam pamięcią, a zdaje się, że pamięć mam dobrą, moje życie wypełniali tylko i wyłącznie mężczyźni. O ile „zaszczytne” miano mężczyzny można przypisać kilku wyrostkom z La Push. Podczas kiedy córki Rockwood’ów z domu obok skakały na skakance, ubierały lalki i bawiły się w dom, ja skakałam ze skarpy, czołgałam się, zdzierając kolana do krwi, biłam z największymi twardzielami z podwórka i uczyłam pluć na odległość.
Kiedyś podsłuchałam, jak matka po jednym z moich kolejnych złamań spowodowanych upadkiem z drzewa, wykrzykiwała do ojca, że chcę żebym wreszcie zaczęła zachowywać się jak młoda kobieta. Czy zaczęłam? Stałam się jeszcze głośniejsza i złośliwsza, wyładowując swój gniew na otaczających mnie ludziach, przedmiotach i zwierzętach. Przetoczyłam się w taki sposób przez podstawówkę i gimnazjum. A potem poznałam Sama. I do teraz nie potrafię pojąć po jaką cholerę Bóg (o ile takowy istnieje) postawił go na mojej krętej ścieżce by mi go potem tak brutalnie wyszarpać? Może chciał, żebym stała się silniejsza? A może chciał sprawdzić czy słusznie postąpił, dając mi życie? ”


Emily krzątała się w kuchni, zaglądać do garnka i krojąc marchewkę niemal jednocześnie. Seth z Jacobem i Samem zmyli się godzinę temu. I krzyżyk im na drogę. Leah rozłożyła się wygodnie na krześle, kreśląc kółka na pomiętej liście zakupów.
- Możesz podać mi pieprz? Jest w szafce nad tobą w zielonym pudełeczku… I może jeszcze słodką paprykę… żółte pudełko po lewej za rodzynkami.
- Jak ty to zapamiętujesz? Ja mam problem z wyłączeniem czajnika. – Leah wstała i otworzyła szafkę na oścież. Wyruszyła na poszukiwanie potrzebnych pudełek w czeluściach szafeczki wypchanej po brzegi przyprawami, z których potrafiła wymienić jedynie sól, pieprz i cukier.
- Kwestia wprawy. Gdybyś od dziesięciu lat była zmuszona gotować codziennie dla piętnastu osób też nabrałabyś wprawy. – Emily uśmiechnęła się łagodnie, wsypując warzywa do garnka.
- Widzisz Leah… chciałam z tobą porozmawiać… i korzystając z okazji, że jesteśmy same…
- Sam cię podpuścił? – Podrzuciła w dłoniach zielone pudełko.
- Oczywiście, że nie. Dobrze wiesz, że bez względu na wszystko nigdy nie dałabym się mu podejść. Z resztą… Żeby nie zaczynać od początku… Daj Jacobowi szansę.
- Jaką znowu szansę?
- Wybacz, źle się wyraziłam. Chodziło mi o to, żebyś spróbowała chociaż po części zrozumieć jego sytuację… Spójrz tylko na niego. Z daleka widać, jak ta sprawa z Renesmee mu ciąży. Ona ma wolą wolę, wybrała chłopaka którego kochała…
- Nie chłopaka, a pijawkę. I nie rozmawiajmy o tej… - Skrzywiła się lekko, rzucając Emily potrzebne rzeczy.
- Leah, obiecaj mi coś. Jeśli Jacob będzie chciał wrócić do sfory…
- A nie będzie – warknęła kobieta, zaciskając ręce na drzwiczkach szafki.
- Załóżmy, czysto hipotetycznie, że będzie chciał. – Emily usiadła na krześle przy stole, wycierając ręce w wysłużony fartuch.
- Czysto hipotetycznie – syknęła.
- Ty przyjmiesz go z powrotem. Dobrze wiesz, jakim dobrym przywódcą był. Sam fakt, że odłączyłaś się od Sama, dołączając do Jacoba o tym świadczy. Kto jak kto, ale ty nie zrobiłabyś tego bez powodu.
- Proszę cię! Ta rozmowa definitywnie nie prowadzi do niczego dobrego. Po tym, jak zostawił nas na lodzie bez jakichkolwiek wyjaśnień, które najwidoczniej dla jego mości pieprzonego alfy były zbędne, ty karzesz mi przyjmować go z powrotem z otwartymi ramionami i słowami współczucia?! – Leah trzasnęła drzwiczkami. Dziecko w pokoju obok zapłakało głośno. Emily uniosła się spokojnie z krzesła.
- Wiem, że jesteś inteligentnym przywódcą, Leah. I przede wszystkim kobietą. I jestem przekonana, że wkrótce zrozumiesz. – Uśmiechnęła się delikatnie, znikając za oszklonymi drzwiami. Panna Clearwater opadła ciężko na krzesło. Emily uchyliła drzwi.
- Mam coś dla ciebie. – Rzuciła jej prostokątne zielone pudełko. Leah spojrzała na nią, uśmiechając się lekko.
- Czyżbym zapomniała o czymś ważnym?
- Jeśli mówisz o istotnej dacie to nie, moje urodziny są w grudniu. – Emily zaśmiała się lekko. – Przeczytaj uważnie. – Dziecko zapłakało po raz kolejny, dając znać o swojej nieskromnej małej osobie. – Mamusia już do ciebie idzie, skarbie.
Leah spojrzała na pudełko, otwierając je ostrożnie. Na czarnej okładce widniał lekko wytarty napis: „Duma i uprzedzenie”.
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Podlinkuj

2009
kwiecień (3)
lipiec (1)
listopad (1)




X. X. X.